Co dzieje się z troską, gdy stajemy się sobie bliscy?

Kobieta siedzi zamyślona na pierwszym planie. W tle widać rozmytą sylwetkę mężczyzny. Oboje siedzą odwróceni do siebie plecami.

Czasami w pracy z parami i klientami indywidualnymi spotykam się z tym samym paradoksem. Ktoś może być świetnym przyjacielem, uważnym współpracownikiem, osobą, która zawsze pomoże, wysłucha, podwiezie, odpisze na wiadomość, zapamięta czyjąś prośbę. Ludzie wokół mówią o nim dobrze: życzliwy, troskliwy, można na nim polegać.

Ale jego partner lub partnerka opowiada zupełnie inną historię.

W domu ten człowiek jest prawie zawsze zmęczony. Nie ma ochoty rozmawiać, zapomina o prośbach, irytuje się, odpowiada ostrzej, niż pozwoliłby sobie w rozmowie z kimś obcym. Na problemy innych jakoś znajduje siłę i uwagę, a bliska osoba coraz częściej słyszy: „No przecież rozumiesz...”.

Od dawna w myślach nazywam to dwoma różnymi sposobami rozumienia bliskości: „o swoich się dba” i „swoi wytrzymają”.

Nie są to nazwy istniejącej typologii psychologicznej. Przynajmniej mnie nie udało się znaleźć w literaturze naukowej klasyfikacji posługującej się właśnie takimi określeniami. To raczej moje robocze nazwy pewnego wzorca, z którym dość często spotykam się w praktyce. Jednocześnie samo to spostrzeżenie całkiem dobrze współgra z tym, co wiemy z badań nad bliskimi relacjami.

Pod koniec lat 70. psychologowie społeczni Margaret Clark i Judson Mills zaproponowali rozróżnienie między exchange relationships a communal relationships - umownie, relacjami opartymi na wymianie i relacjami opartymi na trosce (Clark & Mills, 1979).

W relacjach opartych na wymianie ważna jest wzajemność: zrobiłem coś dla ciebie i oczekuję, że w taki czy inny sposób równowaga zostanie przywrócona. Bliskie relacje zwykle działają inaczej. W communal relationships odpowiadamy na potrzeby drugiej osoby nie dlatego, że będzie nam teraz coś winna, ale dlatego, że jej dobrostan sam w sobie jest dla nas ważny. Później pojawiło się również pojęcie communal strength - siły motywacji do troszczenia się o potrzeby konkretnej osoby (Mills et al., 2004).

Sama bliskość nie znosi więc troski. Raczej przeciwnie: to, co dzieje się z drugim człowiekiem, zaczyna mieć dla nas większe znaczenie.

Oczywiście nie oznacza to, że im bardziej kogoś kochamy, tym bardziej powinniśmy mu służyć. Tym bardziej nie oznacza, że rodzina zawsze powinna być ważniejsza od przyjaciół, pracy czy własnych potrzeb. W ogóle nie chodzi tu o hierarchię. Chodzi o to, że bliski człowiek przestaje być dla nas po prostu jedną z wielu osób wokół. Nie jest nam obojętne, jak czuje się przy nas.

Czasami jednak widzę niemal odwrotną logikę. Im mniej pewna jest relacja, tym więcej człowiek w nią inwestuje.

Wobec klienta trzeba być cierpliwym, przy współpracownikach - panować nad sobą, przyjacielowi trzeba odpisać, znajomego głupio zawieść, gościom trzeba poświęcić uwagę. A w domu można się wreszcie rozluźnić. Bo to przecież rodzina. Oni zrozumieją.

I przecież sama ta myśl jest całkiem zdrowa. Bliskie relacje naprawdę powinny być miejscem, w którym nie musimy przez cały czas zajmować się autoprezentacją. Nie musimy wracać do domu i nadal odgrywać roli świetnego pracownika, miłego rozmówcy czy osoby, która zawsze jest w dobrym humorze. W bliskości powinno być miejsce na zmęczenie, irytację, słabość, milczenie, niepewność i po prostu gorsze dni.

Pytanie brzmi, co dzieje się dalej.

W którym momencie „przy tobie nie muszę udawać” zmienia się w „z tobą nie muszę się liczyć”?

Można wrócić do domu i powiedzieć: „Miałem okropny dzień, naprawdę nie mam już siły. Mogę pobyć pół godziny sam, a potem porozmawiamy?”. Taka osoba nie udaje dobrego humoru i nie próbuje zaspokajać emocjonalnych potrzeb partnera własnym kosztem. Ale nadal zauważa, że obok jest drugi człowiek.

Można też wrócić do domu, odgrodzić się milczeniem, odpowiadać ostro na pytania, a na reakcję partnera powiedzieć: „Przecież wiesz, jaki miałem dzień. Mogę chociaż w domu być sobą?”.

Zmęczenie w obu przypadkach jest takie samo. Różnica polega na czymś innym: w drugim pojawia się oczekiwanie, że bliska osoba powinna znosić konsekwencje mojego stanu tylko dlatego, że jest bliska.

Wydaje mi się, że to ważna granica. Bycie przy kimś sobą nie jest tym samym co oddawanie mu tej wersji siebie, której nigdy nie pokazalibyśmy nikomu innemu.

W badaniach nad bliskimi relacjami funkcjonuje pojęcie perceived partner responsiveness - postrzeganej responsywności partnera. Harry Reis, Margaret Clark i John Holmes opisują ją jako doświadczenie, że partner dostrzega ważne aspekty naszego „Ja” i na nie odpowiada: widzi nasze potrzeby, cele, wartości i cechy. Taka responsywność jest uznawana za jeden z ważnych procesów związanych z powstawaniem intymności i bliskości (Reis et al., 2004).

Do poczucia bliskości nie wystarczy więc wiedzieć: „Ten człowiek mnie nie zostawi”. Potrzebujemy też czuć: „On mnie widzi. Nie jest mu obojętne, co się ze mną dzieje”.

Badania nad communal strength pokazują również interesującą zależność: motywacja jednej osoby do odpowiadania na potrzeby współmałżonka wiąże się z satysfakcją z małżeństwa u tego współmałżonka (Mills et al., 2004).

I tutaj łatwiej zrozumieć, dlaczego partnerowi osoby żyjącej według zasady „swoi wytrzymają” bywa tak trudno wyjaśnić, co właściwie jest nie tak.

Otoczenie widzi przecież zupełnie innego człowieka.

„Masz wspaniałego męża”.

„Ale masz szczęście z żoną”.

I ci ludzie mogą mieć rację. Ten człowiek naprawdę może być dobry, hojny i troskliwy. Tyle że partner z czasem zauważa pewną dziwną prawidłowość: inni dostają dużo jego cierpliwości i delikatności, a najbliżsi spotykają się z nim dopiero wtedy, kiedy wszystko to zostało już wykorzystane.

Stąd może brać się bardzo trudne do wyjaśnienia poczucie samotności: „Wiem, że to dobry człowiek. Widzę, ile robi dla innych. Dlaczego więc mnie ciągle dostaje się to, co zostało?”.

Nie próbowałabym wyjaśniać tej logiki jedną przyczyną. Czasami może to być wyniesiona z domu zasada: dom jest jedynym miejscem, w którym nie trzeba się kontrolować. Czasami - poczucie, że miłość bliskich jest już zagwarantowana, podczas gdy sympatię innych trzeba jeszcze zdobyć. Dla niektórych osób szczególnie ważna jest aprobata z zewnątrz, więc duża część ich zasobów emocjonalnych trafia tam, gdzie życzliwość zostanie zauważona i doceniona.

A czasami wcale nie chodzi o dzieciństwo. Stabilną relację można po prostu z czasem zacząć traktować jako coś oczywistego.

Dlatego „swoi wytrzymają” nie jest dla mnie diagnozą ani odrębnym modelem psychologicznym. To raczej nazwa pewnej logiki relacji, w której bezpieczeństwo więzi stopniowo zaczyna być traktowane jak przyzwolenie, żeby mniej o tę więź dbać.

Ale po drugiej stronie też jest pułapka. „O swoich się dba” nie powinno oznaczać: „rodzina przede wszystkim, a moje potrzeby się nie liczą”. Człowiek nie musi oddawać rodzinie wszystkich swoich sił. Partner nie musi być stale dostępny. Rodzic nie powinien rezygnować z siebie dla dzieci.

Troska wcale nie wymaga rezygnacji z siebie.

Dlatego zamiast pytać „Kto jest dla mnie najważniejszy?”, znacznie ciekawsze wydaje mi się inne pytanie:

Co dzieje się z moją troską, kiedy ktoś staje się mi naprawdę bliski?

Czy zaczynam uważniej patrzeć na to, co się z nim dzieje? Czy przeciwnie - im bezpieczniejsza staje się nasza więź, tym mniej potrzebne wydaje mi się dbanie o nią?

Można przyjrzeć się zupełnie codziennym rzeczom. Kto dostaje więcej mojej cierpliwości - partner czy współpracownicy? Czyich wiadomości staram się nie zostawiać bez odpowiedzi? Kogo szczególnie nie chcę zawieść? I komu najczęściej mówię: „No przecież rozumiesz”?

Jeśli najbliżsi regularnie dostają mniej uwagi, delikatności i zainteresowania właśnie dlatego, że są najbliżsi, być może nie chodzi o to, jak bardzo ich kochamy. Być może ciekawsze jest przyjrzenie się temu, co właściwie rozumiemy przez bezpieczeństwo w bliskiej relacji.

Rodzina naprawdę może być miejscem, w którym ktoś potrafi nas znieść. Wszyscy czasami jesteśmy zmęczeni, rozdrażnieni, niesprawiedliwi i nieznośni. I jedną z niezwykłych rzeczy w bliskości jest właśnie to, że relacja potrafi to przetrwać.

Ale dla mnie istnieje ogromna różnica między „czasami mnie znosisz, bo mnie kochasz” a „jeśli mnie kochasz, musisz mnie znosić”.

Chyba gdzieś tutaj przebiega granica między „swoi wytrzymają” a „o swoich się dba”.

Bliskość pozwala nam nie być idealnymi. Nie sprawia jednak, że drugi człowiek staje się mniej ważny.

I chyba zdanie, które najlepiej oddaje dla mnie tę różnicę, brzmi:

„Przy tobie nie muszę udawać. I właśnie dlatego, że jesteś mi bliski, nie jest mi obojętne, jak czujesz się przy mnie”.

Źródła

Clark, M. S., & Mills, J. (1979). Interpersonal attraction in exchange and communal relationships. Journal of Personality and Social Psychology, 37(1), 12-24. https://doi.org/10.1037/0022-3514.37.1.12

Mills, J., Clark, M. S., Ford, T. E., & Johnson, M. (2004). Measurement of communal strength. Personal Relationships, 11(2), 213-230. https://doi.org/10.1111/j.1475-6811.2004.00079.x

Reis, H. T., Clark, M. S., & Holmes, J. G. (2004). Perceived partner responsiveness as an organizing construct in the study of intimacy and closeness. In D. J. Mashek & A. Aron (Eds.), Handbook of closeness and intimacy (pp. 201-225). Lawrence Erlbaum Associates.

Previous
Previous

Kaczuszka Programisty

Next
Next

Six Drummers. Muzyka z dźwięków, które są wokół nas